środa, 2 sierpnia 2017

Recenzja. Viktor Arnar Ingólfsson „Tajemnica Wyspy Flatey”

Viktor Arnar Ingólfsson „Tajemnica Wyspy Flatey”

 Znalezione obrazy dla zapytania Viktor Arnar Ingólfsson „Tajemnica Wyspy Flatey”
            „Tajemnica Wyspy Flatey” to kryminał, więc jak na ten gatunek przystało… na początku pozycji jedna z postaci znajduje zwłoki… nie foki, choć takich można tu też się spodziewać, lecz ludzkie. I tak rozpoczyna się cała historia okraszona starymi „opowieściami” i różnymi zagadkami.


            Temat wysp, morza może przynieść trochę ulgi w upalne dni i odciągnąć uwagę od tego co dzieje się wokół osoby czytającej. Może pomóc przenieść się takiej osobie w czasie i przestrzeni na Wyspę Flatey i jej okolice.

            Tytuł oryginału brzmi: „Flateyjargáta”, jego copyright pochodzi z 2002 roku. Wydania polskiego zaś z 2017 roku. W pozycji oprócz tekstu odnaleźć można swego rodzaju schemat oraz mapę, wprawdzie są czarno – białe, ale są pewnym urozmaiceniem. Na początku książki mamy więc dedykację, później mapę Islandii i Wyspy Flatey dopiero później znajduje się właściwa treść publikacji.

            Akcja rozgrywa się na „wyspach zatoki Breiðafjörður w roku 1960”. Podkreślone zostało, że przedstawiona historia jest fikcją literacką i wszelkie podobieństwa do istniejących osób są tylko i wyłącznie przypadkowe.

            Nawet przyjemnie napisana, choć potrzebowałam kilku stronic by przyzwyczaić się do prezentowanego tu sposobu narracji i pomału zacząć próbować wciągnąć się w prezentowaną tu historię. Same rozdziały też kryją w sobie pewną „niespodziankę”, nie są jednolite. Ich punkt wspólny – tych nazwijmy to dwóch części rozdziałów, czytelnik odkrywa z czasem, podczas dalszej lektury.

            Wspomniane są tu dawniejsze dzieje niż te dotyczące 1960, opowieści przedstawiane tutaj dotykają chociażby „Sagi Eryka Podróżnika” czy wspomina się Olafa Tryggvasona, który panował w Norwegii w latach 995 – 1000, stąd też w różnych opisach dotyczących książki można znaleźć wzmianki o wikingach.

            Można więc uznać, że wykorzystano istniejące już opowieści i pamięć o wikingach by stworzyć własną historię. Jest tu więc sporo tajemnic.

            Oczekiwałam po książce wiele. Może zbyt wiele bo nie zostały one zrealizowane, bądź źle były te moje oczekiwania ulokowane. Źle się nie czytało, ale no właśnie chyba chciałam zbyt dużo bądź trochę czegoś innego, a w końcu publikacja jest nawet interesująca. Ciekawe miejsce akcji, otoczenie. Opowieść też niczego sobie. Może więc gdyby moje podejście od samego początku było inne, to inaczej czułabym się po jej lekturze, a tak mam mieszane odczucia. Nie jestem więc w stanie jej w stu procentach polecić fanom kryminałów czy krajów nordyckich, ale trzeba przyznać, że ma swój „urok”.

Jak ktoś nie jest zdecydowany, tu może zajrzeć do publikacji i na podstawie tych kilku stronic zdobyć dodatkowe o niej informacje, które mogą przechylić w którąś stronę szalę i pomóc w podjęciu decyzji -> http://sensus.pl/ksiazki/tajemnica-wyspy-flatey-viktor-arnar-ingolfsson,tawyfl.htm

Pozdrawiam,

Airi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz